Badania lotniczo-lekarskie
Sky Is The Limit

Najpopularniejsze wpisy

img img
img img
Postanowienie noworoczne – zaczynam

O miłości do samolotów i wszystkiego, co wiąże się z lataniem mógłbym naprawdę dużo mówić. U mnie zaczęło się to w niewyjaśnionych okolicznościach wiele lat temu, gdy byłem jeszcze w szkole podstawowej. Nie…

czytaj więcej

Z trzech Centrów Medycyny Lotniczej wybrałem to we Wrocławiu. Zdecydowała bliskość Poznania oraz zbieg z wyjazdem businessowym do stolicy Dolnego Śląska. Bliskość geograficzna (168 km) nie oznacza, że można tam sprawnie dojechać, zajęło mi to 3:15, jazda podczas dość intensywnych opadów deszczu po drogach dostosowywanych do standardu "schetynówek". Przy okazji miałem okazję przekonać się jak fantastyczne jest nocne oznakowanie remontów drogowych. ;-)

Na badania należy się wstawić na czczo oraz wypoczętym, co stwierdza się własnoręcznym podpisem pod stosownym oświadczeniem. Najbliższy hotel to HP Plaza przy ul. Drobnera (Bolesław Drobner, pierwszy polski prezydent Wrocławia, działacz socjalistyczny, przynależał do Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, oceny historycznej możecie dokonać sami :-)), całkiem przyjemna miejscówka, z której zazwyczaj korzystam zatrzymując się we Wrocławiu.

Po piętnastominutowym spacerku po porannym, mroźnym Wrocławiu docieram do starej kamienicy przy ulicy Henryka Sienkiewicza 108-110, gdzie mieści się Centrum Medycyny Lotniczej Główny Ośrodek Badań Lotniczo-Lekarskich Aeroklubu Polskiego szerzej znany jako GOBL-L. Tu zaczynają się schody, dosłownie. W GOBL-Lu panuje taki zwyczaj z poprzedniej epoki pod tytułem prowadzenie teczek (kartoteki medycznej), każdy członek personelu lotniczego lub kandydat ma tam swoją teczkę, w której zbiera się na niego haki tj. wyniki badań. Otrzymuję kilkanaście stron dokumentów, na każdej z nich, czasami dwukrotnie, muszę podać imię, nazwisko, datę urodzenia, rodzaj posiadanej i pożądanej licencji, klasę zdrowia o jaką się ubiegam i kilka innych informacji. To jest dość żmudny proces, szczególnie dla osoby, która przez ostatnie lata ograniczała piśmiennictwo ręczne do podpisu pod wydrukami z terminala kart płatniczych, ale pozwala on przetrwać kolejkę do rejestracji w inny sposób niż przeglądanie setny raz Facebook'owego timeline'u na mikroskopijnym ekranie iPhone 4. Warto dodać, że pomieszczenia zajmowane przez Komisję Lotniczo-Lekarską (KL-L) znajdują się na ostatnim, trzecim, piętrze, a winda nie jest dostępna dla gości.

Rejestracja przebiega sprawnie, po uiszczeniu opłaty dostaję kartkę z oznaczonymi lekarzami i numerami gabinetów. Zadanie polega na odwiedzeniu każdego z lekarzy i uzyskaniu wpisu z przeprowadzonego badania, a następnie udaniu się z tak wypełnioną dokumentacją do uprawnionego lekarza orzecznika Pani lek. med. Bogusławy Ignatowicz (bardzo sympatyczna kobieta :-) ). Jako osoba, która spędza kilkanaście godzin dziennie przed ekranem komputera najbardziej oczywiście bałem się wizyty u okulisty, choć wzrok badam od czasu do czasu i problemów nigdy nie miałem. Okazało się jednak, że nadzwyczaj nietrafnie oceniłem zagrożenie.

Zwyczajowo badanie rozpoczyna się od pobrania krwi i moczu do badań, dzięki czemu w malutkiej kantynie przy recepcji można się posilić przed pozostałymi testami.

Pierwsza, z pozoru błaha, wizyta u laryngologa, Pani doktor najwyraźniej się nie spodobałem, było stresująco, kiedy kazała mi przewracać oczyma, a w zasadzie to patrzeć się tam gdzie Pani Doktor sobie życzy podczas gdy ja na samą myśl o ruszaniu gałkami ocznymi dostaję drgawek. :-D Po kilkunastu minutach, z nabazgroloną kartką, opuszczam gabinet.

Tympanometria, badanie audiometryczne słuchu, EKG i spirometria spoczynkowa to drobiazg. Udaję się do okulisty, gdzie zastaję niekończącą się kolejkę (czeka kilka osób, ale Pani Doktor jest bardzo wnikliwa toteż badanie nie trwa 5 minut tylko nawet 30). Z nudów w tym czasie udaję się do neurologa i tu zaczyna się jazda.

Lekko wystraszony pukam do drzwi i wchodzę, podczas gdy Pani Doktor Krystyna Szydło poprawia sobie włosy. – Niech Pan usiądzie. Tak też zrobiłem, atmosfera stała się bardzo osobliwa. Staje naprzeciw mnie, patrzy mi w oczy, kiwa przecząco głową i mówi: …, ale latał to Pan nie będzie. … i tak zniszczyła mi najbliższe sześć miesięcy, a ja stałem się dość nerwowy, świat się zaczął walić po tym jednym zdaniu.

Spojrzy się Pan w lewo, w prawo, …, ale niech się Pan patrzy na tę czarną kulkę i wodzi za nią wzrokiem, słyszę coraz dziwniejsze polecenia. Zdejmie Pan buty i się położy. Do akcji wkroczyło najdziwniejsze narzędzie diagnostyczne jakie do tej pory spotkałem – młotek. Na przemian opukuje mnie i drażni jego zimną krawędzią, po stopach, kolanach, brzuchu. W tym czasie nie miałem już nastroju do śmiechu, a samo "badanie" z mojej perspektywy trwa wieczność. W międzyczasie padają pytania o liczbę punktów jakie dostałem po urodzeniu (wg Apgar), czy doznaję utraty przytomności, zaburzeń widzenia, urazy głowy i wiele innych. Na koniec wyrok: pójdzie Pan do okulisty i zdecydujemy co z tym zrobić.

Badanie okulistyczne było stresujące ze względu na poprzedzające je spotkanie z neurologiem. Książeczka weryfikująca ewentualny daltonizm, widzenie przestrzenne, ustawienie trzech słupków obok siebie za pomocą dwóch sznurków, tablica oraz komputerowy pomiar ostrości widzenia i ciśnienia gałki ocznej. Nie lubię tych badań, niby tylko sprężone powietrze, ale zawsze odruchowo zamykam oczy, jednak Pani Doktor Urban w porównaniu do uprzednio badającej mnie lekarki ma dość głębokie pokłady cierpliwości i kwituje to stwierdzeniem "Ale Pan delikatny". Na koniec w karcie badania pojawia się napis: Zdolny. Uff.

Bardzo oryginalne zadanie ma psycholog, która oprócz standardowych badań przeprowadza również badanie na olśnienie. Polega ono na zamknięciu delikwenta w ciemnej kabinie, zmuszeniu go aby patrzył się przez kilkadziesiąt sekund w lampę kilka centymetrów od oczu bez ich zamykania, a następnie bada się po jakim czasie będzie potrafił rozpoznać obiekt narysowany brązową linią na czarnym tle. Poza tym kilka testów, badanie sprawności psychomotorycznej z użyciem dwóch pamiętających poprzednią epokę pulpitów oraz wywiad psychologiczny czyli rozmowa. Najprzyjemniejsza część badań, a Pani mgr to również bardzo przyjemna kobieta.

Czekam pod zamkniętym gabinetem Pani Doktor Szydło. Atmosfera naprawdę grobowa, pojawia się. Wchodzę do środka, podaję kartę badania, na którą przelany zostaje referat na temat mojego stanu zdrowia (projektant tego formularza nie przewidział takiej liczby schorzeń). :-( – Zrobimy tak: pojedzie Pan do Poznania, uda się do lekarza rodzinnego, weźmie skierowania na rezonans magnetyczny, wyśle nam wyniki i zdecydujemy, co z Panem zrobić.

Przejście wszystkich gabinetów wymaga kilkunastokrotnego pokonania schodów, a zatem bada się również ogólną kondycję przyszłego pilota. Pozostaje mi już rozmowa z lekarzem orzecznikiem. Nieśmiało nadmieniam, że podczas badań wystąpiły drobne niedogodności, z którymi musielibyśmy coś zrobić. Pomimo owych "drobnych niedogodności" ciśnienie i tętno mam w normie – widocznie jestem odporny na stres. :-) Poza tym rozmowa o ogólnym stanie zdrowia i uzgodnienie co mam zrobić dalej. Patrząc optymistycznie w tej całej sytuacji jest jedna zaleta – nie dostałem decyzji odmownej tylko skierowanie na dodatkowe badania, a to ma istotne znaczenie.

Spodziewałem się, że po kilku godzinach i kilkuset pokonanych stopniach wyjdę z orzeczeniem lotniczo-lekarskim, a wyszedłem z  delikatnie rzecz ujmując zepsutym humorem oraz perspektywą na spotkanie służbowe na które straciłem ochotę. Wracając wieczorem do Poznania zastanawiałem się co będzie moją motywacją do pracy jeśli nie pozwolą mi latać. Przez ostatnie lata to właśnie perspektywa szkolenia lotniczego była główną siłą napędową, która pozwalała mi piąć się po szczeblach kariery zawodowej.

Komentuj: