Chronologicznie
Sky Is The Limit

Najpopularniejsze wpisy

img img
img img
Postanowienie noworoczne – zaczynam

O miłości do samolotów i wszystkiego, co wiąże się z lataniem mógłbym naprawdę dużo mówić. U mnie zaczęło się to w niewyjaśnionych okolicznościach wiele lat temu, gdy byłem jeszcze w szkole podstawowej. Nie…

czytaj więcej

San Francisco jest połączone z Los Angeles trzema drogami. Międzystanową 5, znaną US-101 oraz malowniczą Pacific Coast Highway no. 1, która standardem przypomina drogę wojewódzką, a nie autostradę. Wybrałem tę ostatnią, a jak się okazało to miks tych dwóch dróg. 1700 km i blisko 22 godziny jazdy samochodem to liczbowe podsumowanie ostatniego weekendu.

Różnica w czasie przejazdu pomiędzy drogą 5 i 1 jest mniej więcej dwukrotna. Sam przejazd drogą no. 1 jest jednak sam w sobie atrakcją. Krótko po wyjeździe przeraziłem się – nie wziąłem nic z długim rękawem, a nad Oceanem Spokojnym temperatura jest o ok. 10° C niższa niż kilkanaście kilometrów wgłąb wybrzeża.

Niestety przejazd przez Big Sur, który jest punktem kulminacyjnym jeśli mowa o atrakcyjności tej drogi, jest zamknięty ze względu na osunięcie ziemi rok temu. Droga ta jest w remoncie. Dojechałem tak daleko jak się da, a następnie zmuszony byłem zawrócić i kontynuować drogą US-101.

Amerykańskie Rest Area nie przypominają znanych choćby w Polsce MOP-ów tj. Miejsc Obsługi Podróżnych. Kawałek parkingu obok autostrady, działające lub nie kilka toalet, automat z piciem, automat z batonikami i automat z lodami – wcześniej nigdy nie widziałem takiego wynalazku, aż mu zdjęcie zrobiłem. To tyle w materii wyposażenia MOP.

Droga zajęła mi więcej czasu niż planowałem wobec czego postanowiłem kontynuować US-101 do samego Los Angeles, a kolejnego dnia wrócić Pacific Coast Highway tak daleko jak się da, a pozostały odcinek US-101. Dzięki temu mogłem podziwiać widoki z drogi, co po zmroku nie byłoby możliwe, a warto wziąć pod uwagę, że po 20:00 czasu lokalnego robi się dosyć ciemno.

W LA zatrzymuję się w tanim moteliku za jedyne 150 USD za noc. Standard odpowiedni do ceny. 😉 Krótko po tym wyruszam na nocną przejażdżkę po mieście aniołów i padnięty kładę się spać.

Poranek zaczynam od wycieczki pod Hollywood sign celem zrobienia pamiątkowego selfiaczka, a następnie idę na spacer po centrum miasta.

W centrum Los Angeles zwyczajnie śmierdzi. Oczywiście nie wszędzie ale napotkać na leżącego pijaka czy ćpuna, albo zdejmującego na środku ulicy spodnie jegomościa o odcieniu skóry przypominającym kupę, celem załatwienia potrzeb fizjologicznych nie jest trudno. W czasie niespełna dwugodzinnego spaceru taką sytuację napotkałem trzykrotnie.

Ostatnim punktem wizyty w Los Angeles jest Baldwin Hills, skąd można sfotografować panoramę miasta. Dalej kieruję się do Santa Monica i wzdłuż Oceanu Spokojnego drogą no. 1 kieruję się na północ czyli do domu. Pacific Coast Highway podążam aż do skrzyżowania z drogą 46 (kilka kilometrów przed miejscowością Cambria), drogą 46, która na tym odcinku nazywa się Green Valley Road docieram do US-101 i stąd mam prostą drogę do Salinas, dalej do San Jose i miejscowości, w której zamieszkuję.

Dla tych, którzy nie lubią czytać, a chcą posłuchać mojej nagannej dykcji zapraszam na długi odcinek videobloga. Ponad 3 godziny z trwającej 22 godziny trasy.

Komentuj: