Blog Lotniczy 2012r.
Sky Is The Limit

Najpopularniejsze wpisy

img img
img img
Postanowienie noworoczne – zaczynam

O miłości do samolotów i wszystkiego, co wiąże się z lataniem mógłbym naprawdę dużo mówić. U mnie zaczęło się to w niewyjaśnionych okolicznościach wiele lat temu, gdy byłem jeszcze w szkole podstawowej. Nie…

czytaj więcej

W wolnych chwilach nadal czytam JAR-FCL3, dzięki temu czas płynie choć trochę szybciej. Jeszcze nigdy tak mi się nie dłużyły dni. Do kliniki wstawiam się kilkanaście minut przed umówioną godziną badania. Nawet nie jestem zdziwiony, że będę musiał za nie zapłacić (MRI z angiografią kosztuje prawie 800 PLN), bardziej niepokojące jest to, że poza nagłymi przypadkami limit na to badanie już się wyczerpał, a jest dopiero końcówka lutego.

Atmosfera grobowa, gabinety firmy V. mieszczą się w podziemiach kliniki, w poczekalni panuje złowieszcza cisza, personel stanowią dwie, może trzy osoby. Wszyscy pacjenci umówieni są na konkretną godzinę, więc nie ma kolejek. W tej ciszy uderzający jest płacz młodej kobiety, która w towarzystwie partnera oczekuje na badanie. Stres związany z podejrzeniem dość poważnej choroby (większość pacjentów ma podejrzenia guza mózgu lub okolic kręgosłupa szyjnego) z klaustrofobią daje o sobie znać. W takiej chwili myślę, że moja przypadłość i opis skierowania musi być traktowany dość, hmyyy… jakby to powiedzieć, lajtowo (???).

Oddaję do depozytu wszelkie metalowe przedmioty w tym telefon, podpisuję oświadczenie o zgodzie na badanie i braku wszczepionych elementów metalowych w okolicach czaszki np. śrub chirurgicznych, niektórych typów implantów itp. Kładę się, głowa zostaje zamknięta w takiej dziwnej klatce, do ręki dostaję przycisk, który mam nacisnąć w przypadku pogorszenia samopoczucia, asystująca przy badaniu technik zamyka ciężkie, metalowe drzwi, zostaję sam, w pomieszczeniu panuje totalna cisza, która po chwili przerwana jest dźwiękiem silnika przesuwającego łóżko, na którym od tej chwili muszę leżeć nieruchomo, w kierunku wąskiego tunelu.

Przez całe badanie leżę z zamkniętymi oczyma (po co mają się naświetlać gałki oczne :-D), w pomieszczeniu panuje na przemian cisza z dźwiękami stuknięć i sumów wywołanymi przez cewki wytwarzające promieniowanie elektromagnetyczne. Przed badaniem słyszałem, że najgorszym momentem jest kiedy zostanie ono przerwane celem podania contrast agent – nie wiem jak to się po polsku nazywa. Jest to środek np. Gadolinium, podawany w zastrzyku, który lepiej odbija promieniowanie elektromagnetyczne. Po jego wstrzyknięciu można łatwiej zobrazować strukturę naczyń krwionośnych. Zazwyczaj podaje się go, gdy lekarz obserwujący badanie zobaczy coś, do czego ma wątpliwości i chciałby się temu lepiej przyjrzeć. Badanie trwa 20 do 30 minut, nie mam zegarka ani żadnych innych punktów odniesienia, a w tym miejscu czas sprawia wrażenie stojącego w miejscu. Nie wiem o czym myśleć, w innej sytuacji pewnie planowałbym kolejne etapy szkolenia lotniczego.

Nareszcie następuje ta chwila, kiedy badanie się kończy, czego oznaką jest wyjeżdżające z tunelu łóżko, głowa zostaje uwolniona z klatki, a ja mogę wstać i rozruszać stawy. Pozostało tylko wyprosić jak najszybszy opisu badania i jadę do pracy.

Po drodze odwiedzam klinikę C. skąd odbieram opis konsultacji neurologicznej. Następne dni będą się niemiłosiernie dłużyły. :-(

Komentuj: